Nymeria: szansa

- Gotowa?

Devon uniosła głowę i natrafiła na uważne spojrzenie stojącego w progu Riordana. Wciąż jej nie ufał, pomyślała, odrywając wzrok od toczącego się w drugim pomieszczeniu przesłuchania. Świadczyła o tym cała jego postawa – nienaturalnie mocno napięte ciało wojownika, którym niewątpliwie był, ramiona ciasno splecione na klatce piersiowej, zaciśnięta szczęka uwydatniająca już i tak ostre rysy twarzy, którą łagodziły jedynie bezładnie postrzępione w pośpiechu kosmyki włosów. Ale to jego oczy pokazywały jak bardzo był do niej uprzedzony – nie było w nich nich niczego prócz surowej zieleni całkowicie pozbawionej jakiegokolwiek ciepła.

A przecież widziała już w nich śmiech – beztroski pomimo otaczającej ich nieustannie groźby śmierci.

Nigdy jednak względem niej.

Minęło niemal pięć lat odkąd postanowiła zaryzykować własnym życiem i porzuciła świat jaki znała, zmieniając strony trwającego już tak długi czas konfliktu, godząc się z tym, że decyzja ta równała się podpisaniu wyroku śmierci – w tamtej chwili nie wiedziała tylko czy katem okażą się być ci, których pragnęła mieć za swych sprzymierzeńców czy ludzie, u boku których walczyła tak długo i zaciekle, że zatraciwszy się w ferworze walki, nie była w stanie poddać w wątpliwość kolejnych rozkazów, zadań, celów.

Miała szczęście, pomyślała. Nie bez goryczy jednak, ponieważ ci, którym zdecydowała ofiarować swą lojalność postanowili pozostawić ją przy życiu; nawet w obecnych czasach perfekcyjnie wyszkolony szpieg niemalże pozbawiony sumienia i zdolny do przelewania krwi bez zadawania zbędnych pytań stanowił coś wyjątkowo rzadkiego.

Pożądanego.

Tym samym trafiła z jednej niewoli do drugiej, choć tę drugą wybrała sama.

Upłynęło jednak dużo czasu zanim obdarzyli ją jakimkolwiek zaufaniem i jeszcze więcej nim została wysłana na swą niemal w pełni samodzielną pierwszą misję, choć i wtedy znajdowała się pod czujnym nadzorem Riordana; był niemym cieniem towarzyszącym jej na każdym kroku. Rozumiała go, wtedy i teraz, ale od tamtej pory minęło już kilka lat, rozpoczęli i zakończyli tak wiele misji, i – na Boga! – nawet przyjęła na siebie strzał, który z pewnością wysłałby tego upartego skurczybyka głęboko pod ziemię, a on wciąż to robił – obserwował ją uważnie, jakby czekając tylko na chwilę słabości, w której pokaże kim tak naprawdę jest.

Zdrajcą.

Oszustem.

Tchórzem.

A przecież była każdym z nich po trochu.

Choć zdecydowanie nie w sposób w jaki Riordan zdawał się tego chcieć, pomyślała, chcąc znaleźć się już jak najdalej od niego, bo nagle to małe pomieszczenie zdawało się nie być w stanie pomieścić ich dwójki i wszystkiego tego, co względem siebie czuli; zbyt wiele złości w tym było, niewyjaśnionego żalu i niezrozumienia.

- Devon? - W tonie jakim się do niej zwracał, nie tylko teraz, ale i zawsze, rozbrzmiewała pustka; tak jakby nie zasługiwała na cień choćby czegokolwiek. - Gotowa?

- Bardziej niż byś tego chciał – wymruczała cicho, mając nadzieję, że taka odpowiedź wystarczy. Myliła się jednak, zresztą jak niemal zawsze w przypadku tego mężczyzny, ponieważ najwyraźniej usłyszawszy coś więcej niż tych kilka prostych słów, chwycił ją za ramię i przyciągnął do siebie, sprawiając – zmuszając – że wreszcie spojrzała mu prosto w oczy.

- Muszę wiedzieć czy naprawdę jesteś na to gotowa. W przeciwnym razie odeślę cię z powrotem do jednostki, gdzie nie będziesz stanowiła dla nikogo żadnego zagrożenia.

Wiedział.

Tylko tyle była w stanie zarejestrować zanim instynktownie zrobiła to, czego uczono ją przez całe życie – na atak odpowiedziała atakiem.

- Mówisz o sobie czy o mnie? - zapytała chłodno, wiedząc doskonale jak bardzo go tym zrani. Bo on również wiedział o co pytała. O kogo, pomyślała, wytrzymując siłę jego spojrzenia. Wiedziała bowiem o jego strachu o los matki i rodzeństwa: Adaira, który pozostał w rodzinnym mieście starając się trzymać pozostałych z dala od kłopotów i Nymerię, która – choć jej kontrakt z rządem wygasł – wciąż była więźniem systemu. Wiedziała również o kobiecie, z którą spotykał się każdego roku dokładnie tego samego dnia, a którą kochał na tyle mocno by pozwolić jej być z kimś innym. A to i tak był niewielki wycinek wiedzy jaką posiadała na temat Riordana McBane. Nie byli przyjaciółmi, ale żyli razem, walczyli i krwawili. Umierali. Nie miał więc żadnego prawa do traktowania jej w ten sposób. Bo ona także poniosła swoje ofiary i przelała krew dla tego oddziału, więcej niż raz udowodniła swoją lojalność. Zasługiwała więc na coś więcej niż całe to gówno, które Riordan serwował jej każdego dnia. A już zwłaszcza teraz, gdy po raz pierwszy odkąd zmieniła strony konfliktu, miała stanąć twarzą w twarz z kimś kto stanowił cholernie duży fragment jej przeszłości.

- Gdybyśmy tylko ciebie nie potrzebowali...

- Ale potrzebujecie – przerwała mu, gładko wysuwając się z jego uścisku. - I im szybciej się z tym pogodzisz, tym spokojniej będziesz spał. A teraz, jeśli wybaczysz, chciałabym wreszcie tam wejść. - I nie czekając na jego reakcję, przepchnęła się do przodu. Obawiała się, że jeśli Riordan jeszcze choć raz będzie próbował ją zatrzymać, wybuchnie i kłębiąca się w niej od tak dawna ciemność, wreszcie znajdzie ujście. A nie tego chciała wobec człowieka, którego szanowała i podziwiała; wbrew temu co inni – i on sam – mogli na ten temat sądzić. Spojrzała jeszcze przez ramię, dodając: - Mam nadzieję, że tak jak obiecałeś, to nie będzie nagrywane.

Tylko ja i on, pomyślała, ostatni raz spoglądając na Riordana, który w milczeniu odprowadził ją wzrokiem.

A ona wiedziała, że jej nie zawiedzie – bo ten facet zbudowany był z dumy i honoru.

Podobnie jak mężczyzna znajdujący się w sali przesłuchań, pomyślała, gdy wyminąwszy stojącego na straży Shawna, weszła do środka. Różniło ich tylko to, że postanowili opowiedzieć się po dwóch różnych stronach konfliktu trwającego tak długo, że zdołali zapomnieć już jak wyglądało ich życie tuż przed tym nim wszechobecna przemoc i bezwzględne dążenie do władzy całkowicie zmieniło znaną im dotychczas rzeczywistość.

Od tamtej pory – tego feralnego dnia, gdy świat podzielił się na dwoje – śmierć stała się czymś, na co ludzie natykali się każdego dnia; a jednak wciąż nie byli gotowi na jej nadejście. Zupełnie inaczej niż ona i Luca, którzy wciąż i wciąż zapraszali ją do makabrycznego tańca, nie wiedząc czy uda im się przeżyć kolejny dzień, uznała, podchodząc do panelu zarządzającego i wyłączyła wszystkie urządzenia odpowiedzialne za zarejestrowanie każdego słowa czy ruchu mającego miejsce w tym pomieszczeniu.

Nie było to coś, na co Riordan pozwoliłby jej, gdyby nie miał u niej zaciągniętego długu. Ale uratowała draniowi życie, więc mógł pozwolić jej na rozliczenie się z przeszłością na własnych zasadach.

- W końcu stałaś się żołnierzem.

- Nie miałam innego wyboru – odpowiedziała na ten nieskrywany przytyk, a potem usiadła na wolnym krześle znajdującym się naprzeciwko twardej, drewnianej ławki, gdzie Luca siedział przykuty od wielu godzin.

I wreszcie na niego spojrzała.

Poczuła jak wszystko w jej wnętrzu zaciska się boleśnie – z tęsknoty, gniewu i pożądania. A wszystko to związane było z tym jednym mężczyzną, którego nigdy nie będzie dane jej mieć.

Bo on również zadecydował z kim zwiąże swój los i ofiaruje lojalność.

I choć rozum pojmował to doskonale, godząc się z tą stratą lata temu, to serce i ciało wciąż do niego lgnęły, niemal płonąc pod cichą siłą spojrzenia czekoladowych oczu. Przesiąknięte były tymi samymi koszmarami, co jej własne, pomyślała, w milczeniu sunąc po jego twardym i nieugiętym ciele, którego ciężar wciąż pamiętała; te bezduszne krzywizny, które nie miały w sobie żadnej delikatności, przez długi czas były jej tarczą.

I nawet teraz, po godzinach prób złamania go, wciąż odmawiało poddania się.

A jednak świadomość tego, w jaki sposób próbowano zmusić je do uległości, nie wstrząsnęła nią tak bardzo jak tego się obawiała – wiedziała bowiem, że istniały sposoby dużo gorsze.

Wiedziała również, że Luca nie wydał i nie wyda im jakichkolwiek informacji.

Nigdy.

Właśnie dlatego mogła spotkać się z nim bez uporczywej obecności Riordana; w spokoju, ciszy i otoczeniu wspomnień, które niespiesznie naciskały na jej umysł.

Bo rebelianci już wydali na niego wyrok śmierci.

Myśl ta brutalnie przypomniała jej, że i oni byli śmiertelni – pozbawieni prawdziwej tożsamości stawali się pierwszymi ofiarami popełnianych błędów. Żołnierze byli cenni i warci ryzyka jakie niosła próba odbicia ich, przypomniała sobie słowa zasłyszane całe lata temu, zaskoczona, że nie tylko wciąż je pamięta, ale i wywołują podobne rozczarowanie i gniew, co wtedy. Szpiegami, takimi jak ona czy Luca, nikt się nie przejmował. Byli istotną częścią toczącego się obecnie konfliktu, ale byli również kimś pomiędzy, kogo można było zastąpić niemal każdym, kto tylko potrafił uważnie słuchać i obserwować.

I nie dać się złapać.

- Powinnaś jednak zmienić kolor włosów. - Kolejne słowa Luci zdołały przykuć jej uwagę i oderwać od przeszłości, która nadal zatruwała myśli. A gdy na niego spojrzała, spostrzegła, że na jego twarzy pojawił się uśmiech – grymas, który wykrzywił zakrwawione wargi, czyniąc jego twarz niebezpieczną dla każdej kobiety – a dłoń zacisnęła się bezwiednie, jakby na wspomnienie tych chwil, w których mogła chwycić garść wspomnianych przez niego włosów; grubych, kręconych, o barwie miedzi. - Czynią cię łatwą do zidentyfikowania. - A potem jego spojrzenie stało się płaskim spojrzeniem zabójcy, gdy zapytał: - Kim był facet, który zaatakował mnie z taką przyjemnością?

- Nikim – odpowiedziała twardo, a jej myśli na moment uciekły ku Riordanowi, który był odpowiedzialny za schwytanie Luci. To ona go wytropiła i opracowała strategię mającą doprowadzić do jego zatrzymania, ale nie była w stanie zmusić się do udziału w samej akcji. Nawet po tylu latach nie była gotowa na to, aby stawić mu czoła na polu bitwy; nie ufała sobie na tyle by móc to zrobić i zrealizować opracowywany wiele miesięcy plan.

- Dlaczego to zrobiłaś, Dev? - Zdrobnienie, którego nie słyszała od tak długiego czasu, sprawiło, że drgnęła nieznacznie, a na jej twarzy odmalował się cień tęsknoty, przed którą tak zaciekle się broniła. - Dlaczego mnie porzuciłaś? - zapytał, a ona wiedziała, że nie było to wykalkulowane. Nie były to bowiem słowa szpiega, lecz mężczyzny, który czuł, choć wcale tego nie chciał.

- To było za wiele – odpowiedziała cicho, wiedząc, że nawet jeśli znajdowali się po dwóch stronach barykady, to z nim jednym mogła być szczera; nie ukrywać swych uczuć, nie analizować każdego gestu. I pomyślała o tym pierwszym i jedynym razie, gdy musiała zataić przed nim ból jaki zaległ jej w duszy, znacząc równie mocno, co zaschnięta krew ubranie i ciało, będąca pozostałością po jednej z ostatnich akcji, w której wzięła udział. Pamiętała napływające do jej umysłu obrazy i dźwięki wydarzeń tamtych kilku godzin; tej wszechobecnej rozpaczy, żalu i obojętności. I szloch, który zamarł jej w piersi, stłamszony żelaznymi okowami samokontroli, narzuconej i wyuczonej, gdy przed jej oczami pojawił się widok wszystkich tych nieruchomych małych ciał, zbezczeszczonych i kruchych. Bo choć nauczyła się jak być zimną i niemal całkowicie wyzutą z wszelkich emocji, to jednak nawet ona posiadała granicę, po której przekroczeniu wszystko rozpadało się w drobny pył, tracąc znaczenie – tocząca się walka, wyznawane ideały, pragnienie odniesienia zwycięstwa. A śmierć tak wielu dzieci, bezsensowna i okrutna, wstrząsnęła nawet i nią, zmuszając do zastanowienia się za czyje rozkazy chciała być rozliczana. Znała realia wojny, związane z nią zyski i straty, ale po prostu nie godziła się na zagładę tak wielu istnień, czystych i niewinnych. - Naciskałeś na mnie, Luca. - Spojrzała na niego, dostrzegając w nim to, co widziała za każdym razem, gdy sama spoglądała w lustro – kolejnego żołnierza wykonującego rozkazy ludzi pozbawionych twarzy. Byli niczym więcej jak wrakami z ustaloną datą przydatności. - Żądałeś ode mnie więcej niż byłam w stanie dać.

I wciąż to robisz, pomyślała.

- Nigdy mi o tym nie powiedziałaś.

- Bo to nie była twoja sprawa.

- Gówno prawda. - Zniknął wreszcie uśmiech, skrycie przez nią uwielbiany, a zamiast tego nieprzyjemny grymas wykrzywił jego piękną twarz. - Byłaś moja, Devon. Moja.

Potrząsnęła powoli głową, nie mając w sobie tyle odwagi, aby powiedzieć mu jak bardzo się mylił. Nigdy nie była jego i nigdy nie będzie, pomyślała, czując jak wszystko, co pozostało z jej serca roztrzaskało się, ugodzone słowami płynącymi wprost z wybrakowanego wnętrza mężczyzny, który był jedyną na całym globie istotą, jaka była w stanie zrozumieć i zaakceptować tkwiące w niej przemoc i mrok; bez pytań, bez osądzania, bez oczekiwań.

Ale wraz z każdym kolejnym dniem spędzonym po stronie rebeliantów – po stronie, którą wybrała samodzielnie – zaczynała dostrzegać w sobie coś jeszcze. Nawet jeśli nie wierzyła w to, że uda się ją naprawić – była bowiem równie wadliwa, co samolot zestrzelony podczas najdłuższego dotychczas, niemal rocznego oblężenia jednego z miast.

Znajdował się teraz w najdalszym z hangarów, porzucony i spisany na straty, a ona była prawdopodobnie jedyną osobą z całego oddziału, która uznała, że warto dać mu jeszcze jedną szansę. Chodziła tam więc niemal codziennie, gdy tylko zdołała znaleźć wolną chwilę lub gdy noc splamiona bezsennością dłużyła się w nieskończoność, i próbowała ocalić to, co już dawno zostało spisane na zapomnieie.

A jednak wiedziała, że była to tylko ułuda jej przerażonego serca, ponieważ nie było nikogo, kto byłby w stanie uratować ją samą; przed przeszłością i przyszłością.

Nie było również nikogo, kto mógłby uratować Lucę.

Nawet ona.

Wstała więc i podeszła do niego, klękając tak, aby móc spojrzeć mu w oczy; bez dzielącej ich odległości, bez słów i wspomnień wbijających się w teraźniejszość niczym ostrze miecza, które nie pozwalało im ruszyć naprzód. I choć wiedziała, że był to błąd, kolejny stopień ku otchłani w jaką staczała się z każdym kolejnym dniem, wyciągnęła dłoń i opuszkami palców obrysowała kontur jego ust – niegdyś miękkich linii, teraz ran pokrytych zaschniętą już krwią.

I przylgnęła do niego, obejmując mocno jego zranione ciało, tak znane a zarazem całkowicie obce, i całą swoją tęsknotę, żal i gniew przelała w ten jeden, ostatni uścisk.

- Gdybym tylko wiedział, obroniłbym cię. - Cichy, pełen zadziwiającej, lecz wyczekiwanej, bo już znanej czułości głos Luci rozbrzmiał tuż przy jej uchu, a jego ciepły oddech owionął jej twarz, niosąc z sobą wspomnienie tak wielu nocy, gdy ciemność i ulotny dotyk dawały ukojenie ich zbrukanym duszom. - Przed całym światem.

A Devon zrozumiała, że nadejdzie dzień, w którym zmuszona będzie pogodzić się ze stratą Luci – gdy spotkają się w walce i jedno zabije drugie.

Ale to jeszcze nie był ten dzień, pomyślała, odkrywając, że jej lojalność nie miała nic wspólnego z jakąkolwiek stroną toczącego się konfliktu, a niemal wszystko z tym mężczyzną, którego dłonie splamione były krwią tak wielu; tak, jak i jej. Nie miała pewności czy dojdzie do tego za tydzień, miesiąc, rok czy dwa, wiedziała jednak, że było to nieuniknione. A gdy wreszcie dojdzie do ostatecznego zamknięcia tego rozdziału w życiu, będzie na to przygotowana.

Ale jeszcze nie teraz.

Nie w taki sposób.

I dlatego bez słowa wysunęła się z jego ramion i ruszyła ku wyjściu, wiedząc, że jego obraz wyryty został pod jej powiekami i zapisał w tej części duszy, którą skrywała całe swoje życie. Jej dawny mentor – człowiek, który był twórcą bezdusznej maszyny jaką się stała – powtarzał nieustannie, że uczucia były niebezpieczne, a epatowanie nimi gwarancją szybkiej śmierci.

A ona nie zamierzała umierać.

Jeszcze nie, pomyślała, gdy noc powoli przeistaczała się w kolejny, pełen przeszkód i wyzwań dzień. A gdy przeszywający umysł alarm rozbrzmiał w całej jednostce, nie zerwała się z łóżka i nie popędziła długim, zimnym korytarzem, ale powoli zsunęła na ziemię i sięgnęła po metalowe pudełko. Otworzyła je, wpisując znany tylko sobie kod i wrzuciła do środka metalową śrubę, aby zajęła odpowiednie miejsce tuż obok tych nielicznych rzeczy mających jakąkolwiek wartość tylko dla niej samej. Była mała i w zasadzie bezużyteczna, ale czyż nie mówiono tak samo o grupce rebeliantów, gdy ci zaczynali buntować się przeciwko obecnemu porządkowi? A teraz jej członkowie tropieni byli niczym zdziczała zwierzyna i likwidowani w sposób tak brutalny, jakby rzeczywiście nie byli już dłużej ludźmi, pomyślała, zamykając pudło i wsuwając pod łóżko, tam gdzie było jego miejsce.

A potem opuściła kwaterę, aby znaleźć się tam, gdzie było jej miejsce, pomyślała, gdy zbliżając się do sali, którą opuściła przed zaledwie kilkoma godzinami, ujrzała stojącego na korytarzu Riordana. Nie powiedział ani jednego słowa, gdy do niego podeszła, nie wyjaśniając swojego spóźnienia. Milczał również wtedy, gdy zajrzała do sali przesłuchań, w której wcześniej znajdował się Luca i zamiast niego ujrzała powoli odzyskującego przytomność Shawna oraz leżące na ziemi otwarte kajdanki. Grube, metalowe i pozbawione jednego elementu – małej śrubki, pozornie nic nieznaczącej, a która czyniła je niepowstrzymanymi.

- Uciekł nam – powiedziała, nie odrywając wzroku od bezużytecznego teraz już metalu.

- Nie, Devon. - Cichy głos Riordana rozbrzmiał tuż za jej plecami. I po raz pierwszy odkąd trafiła do tej jednostki, odkąd stała się częścią dowodzonego przez niego zespołu, usłyszała w nim cień emocji; zrozumienia. - To tobie uciekł. 



______________

Szansa to kolejny fragment wyrwany z historii, która niespiesznie kształtuje się w mojej głowie. I chociaż nadal nie wiem nic na temat tego świata, to jednak pisanie o nim, o tych bohaterach, daje mi niejakie wytchnienie; a właśnie tego potrzebowałam ostatnimi czasy.

Jako, że zapewne nie pojawi się tutaj nic do Świąt ani do Sylwestra (chociaż nie pogniewałabym się, gdybym okazało się zupełnie odwrotnie), chciałam życzyć Wam wszystkiego dobrego. Oby przyszły rok był znacznie łaskawszy niż ten powoli się kończący. Aby więcej było radości niż smutków, i powitań niż pożegnań. Więcej spełnionych marzeń.

______________ 

Obserwatorzy